Wanda




WANDA.
ŚWIĘTEJ PAMIĘCI
MOJEGO OJCA
Wacława Łuszczewskiego.
Ojcze, którego pamięć jest i pozostanie
W mojej duszy ołtarzem, gdzie cicho goreje
Ogień wieczny, jak wieczne moje przywiązanie,
I jak wieczne złączenia naszego nadzieje —
Pozwól, abym podobna dn białych kapłanek,
W świątyni codzień wieńce wieszających świeże,
Wezwała Cię, i Wandy kalinowy "wianek,
Na ołtarz Twej pamięci przyniosła w ofierze.
Znane Ci jogo kwiaty, znane ze wszystkiemi
Żyłkami swoich listków, cętkami swych koron,
Bo je plotłam nim jeszcze odszedłeś od ziemi,
Zwycięzca, syt boleści, więc wcześnie
wyzwolon.
Plotłam je pod Twem okiem, tem niebieskiem okiem,
Które mi przyświecało jak Opatrzność żywa,
I dziś jeszcze przyświeca, chociaż za obłokiem.
Niekiedy, moc miłości i obłok rozrywa.
Wtedy czuję wyraźnie, jak z lepszego świata,
Spojrzenie Twe uderza tu, na serce moje.
Ach, spójrz i dzisiaj na mnie, jako w owe lata,
Gdyśmy wschodząca "Wandę" czytali we dwoje.
Ileż mi przypomina jej xięga zżółkniała!
Kreśliłam ją pod niebem północnego wschodu.
Z po-za mroźnych nasypów ta pieśń wybuchała,
Jak Hekla wre i kipi za ryglami z lodu.
Święte godziny życia, kiedyśmy to byli
Tak bardzo nieszczęśliwi, a tacy szczęśliwi!
Czyż-by już lat dziesiątki zciekły od tej chwili?
Serce gdy je oblicza, waha się i dziwi.
Zdaje się że to wczoraj ! Obraz nic na krasie
Nie stracił. Dla nas niema czasu ni przestrzeni.
My zawsze tamtocześni, choć rozdarci w czasie —
Blizcy, chociaż całemi światy rozdzieleni.
* * *
Co kartka, to się nowy krajobraz otwiera,
I jak szereg mirażów aż w Uralu ginie.
Dobrze pomnę. "Akt trzeci — Zwrotki Rytygiera — "
Te w ziemiach nad-Wołżańskich pisałam, w Jadrynia
Wśród zadymek i szturmów śniegowego morza,
W pochylonej chałupce siedząc na
pudełku,
Pisałam przy okienku o klej onem szkiełku,
Gdzie tęczami północna falowała zorza.
"Sceny Kugijskie" wyszły z miasteczka Czembaru,
Z tego starego dworku o trzęsącym ganku,
Gdzie kawki wyprawiały sejmik bez ustanku.
Z izby im odpowiadał hurkot samowaru.
Niosła nam go Mordwinka w blaszanym djademie,
Spowita na wzór mumji, a jednak ruchawa;
Końska grzywa z jej głowy wisząca po ziemię,
Na zielono kraszona, chwiała się jak trawa.
A ten "Monolog Wandy?
" Ten nie pod wieśniaczą
Rodził się strzechą, nawet nie pod żadnym dachem,
Lecz tam, na spiekłym stepie, gdzie gnany postrachem,
Tłum dwudzicsto-tysięezny uciekał z rozpaczą.
Symbirsk pali się! Straszno. Gdy wiatr skosem zatnie,
Huragan ogniem lata, szaleją żywioły.
Dzwony szesnastu cerkwi biją.
Aż ostatnie
Zcichły, — ostatnia cerkiew runęła w popioły.
Wojska bębnią i trąbią, — to hasło odwrotu.
"Ludzie, wychodźcie z miasta!" Chwila sądnej grozy.
Wychodzą, rozkładają na polach obozy.
I my nawiązujemy coś nakształt namiotu.
Budka z kufrów, opięta derką i rogoża.
Tam siedzimy.
Czczość głucha po wnętrznościach smaga
Smierć głodowa zagraża, — gorsze śmierci grożą.
Ale Ty jesteś przy mnie, więcjest i odwaga.
Miasto gore, step gore, już chwyta nas w dymy.
Codzień dalej cofamy błędne koczowiska,
Wiążemy nową jurtę. Wieczór, u ogniska
Warząc okruchy strawy, o kraju gwarzymy.
Niekiedy nawet, wolna od zmienności losów,
Muza i tam zagląda, wprasza się ze słówkiem.
Ja piszę na kolanie podróżnym ołówkiem,
Pod kopułą miedzianą płonących niebiosów.
* * *
Tak, dziwny ten rękopis, unoszony z burzy,
Z tumanów i wylewów, śnieżyc i pożogi,
Zmienił się na palimpsest, na "Dziennik podróży"
Tylko dla mnie czytelny, — i stał
mi się drogi.
Tem droższy mi, że na nim tylekroć spoczęły
Twoję oczy. Ta xięga była Ci przyjemną.
Może najprzyjemniejszą, między memi dzieły.
Ty nad nią całem sercem pracowałeś ze mną.
Cudnie-ż cam przy tej pracy płynęły wieczory!
Tu, pamiętam, wyrzekłeś: "Ten wiersz się wykreśli —
"Tamta scena żywszemi zabarwi kolory.
"Ówdzie się uśmiechnąłeś z niedojrzałej myśli.
Przy każdej twardej rafie, przy każdej mieliźnie,
Kierowałeś mą łódką, Sternik dobrej rady!
Tej kochanej pomocy świecą się tu ślady,
Jak rosa gdy na listek brylantami bryźnie.
Są tu natchnienia żywcem wyszłe z duszy Twojej,
Z tej duszy gdzie ślub wzięły Poezja i Cnota.
Sypałeś mi bez liczby szczere płatki złota,
A ja je naszywałam jak łuskę na zbroi.
Potem, giętki ów pancerz "Wandzie" przymierzywszy,
Patrzyliśmy we dwoje czy jej w nim do twarzy?
O czasie słodkich zwierzeń, od szczęsnych szczęśliwszy,
Serce moje na wieczność innego nie marzy!
* * *
Później...
kiedy wstąpiłeś w jasności początek,
A dla mnie nastał koniec szczęścia na tej ziemi,
Gdy mój alkierz się ubrał relikwiami Twemi,
Włożyłam i tę xięgę do arki pamiątek.
Nie chciałam się z nią rozstać. Strzegłam jej, zazdrosna,
Przed chłodnemi oczyma, złośliwemi szpony.
Już nad "Wandą" dwudziesta przesuwa się wiosna,
Ja jeszcze z niej nie zdjęłam dziewiczej zasłony.
Jednak, czas we drzwi puka, — zadumaną budzi,
I w sercu mi głos jakiś, (może Twój?) powtarza,
"Iż pieśni są dla rzeszy a nie dla pieśniarza.
"
— Niech-że więc i ta xięga idzie między ludzi.
Tylko, zanim ją fala niezwrotna zabierze,
Pozwól niech jej kwiatami Twój ołtarz opaszę.
Tobie się one, Ojcze!
należą w ofierze,
Bo ten wianek, to dzieło nie moje lecz nasze
Pisałam w Warszawie, w Maju, 1884 r.
OSOBY:
Wanda — xiężna Lechicka i Chrobarka
Niebosz, kapłan bożka Lela.


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 Nastepna>>